Nad morzem

Ciocia Lusia i my,
trójka jej siostrzeńców,
jedzie nad morze.
Już na samym
początku wyprawy … konflikt oczekiwań.
Ciocine reumatyczne kości
pragną zanurzyć się
w gorącym piasku
i leżeć plackiem… na rozżarzonych wydmach.
(Dla nas to … horror.)
My… , jak te foki
tylko i tylko
do morskiej zimnej wody!
Dyskusja ucięta krótko:
dzieci i ryby głosu nie mają.
Siedzimy więc
na wydmowej Saharze,
zrozpaczeni Beduini
spragnieni wody,
przymusowo wysmarowani tłustym,
lepkim olejkiem.
Na głowach koszmarne turbany
(zamiast marynarskich czapek),
zrobione z ciocinych apaszek,
na złośc wciąż spadające.
Pozostaje nam bezmyślne przesypywanie
suchego piasku,
choc upragniony Eden tak blisko,
… tuż, tuż za wydmą.
Fale syrenim śpiewem
przywołują,
kusząc
cudowną wizją orzeźwiającej kąpieli.
Na horyzoncie błękitny żagiel
frunie z wiatrem
jak beztroski ptak.
Żeglarzu-szczęściarzu
w twoich dłoniach bezkres
wolności i swobody…
a nam, zniewolonym marynarzom
pozostaje bunt na pokładzie.
Zapada decyzja: niechcąco,
obsypac kapitana (ciocię) piaskiem.
Zwycięstwo! … załoga idzie się kąpac,
ale… jedynie na pół godziny
(o zgrozo!)
i wchodzi do wody
tylko … do kolanek!
Hej, żeglarzu-szczęściarzu
przypłyń i uwolnij nas
z ciocinego jasyru.

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Zapraszam do udziału w dyskusji!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.