Zapachy wspomnień

Kadry z dzieciństwa
zatrzymane w czarno-białym filmie.
Klatka po klatce, scena po scenie,
przesuwają się w mojej pamięci
bogactwem zapachowych przeżyć,
a szczególnie
medyczno-wychowawczych
w roli głównej.
Jodyna … to ta najokrutniejsza,
śmierdząca przyczyna
dziecięcych męczarni.
Jej dezynfekującego szczypania
nie wytrzymywali
nawet podwórkowi herosi,
lali łzy i darli się wniebogłosy
na całą kamienicę.
Bez zbędnych „kazań“
na długo zapamiętali:
chodzić po szkłach i gwoździach nie wolno!
Rycyna … oleista odrażająca maź,
powąchasz i już masz
przeczyszczające mdłości.
Była dla małego łakomczucha-winowajcy
z bolącym brzuchem
dostateczną karą
za zjedzone
niedojrzałe jabłka
z ogrodu sąsiada.
Stawianie baniek
i drażniący zapach
płonącego denaturatu
w oczach przerażonego,
kaszlącego delikwenta
był widokiem
z pogranicza mąk piekielnych
(żywcem wyjętych z kazań
naszego proboszcza).
Babcia (chodzący poradnik
medycyny naturalnej) łagodnie nacierała
duszącym olejkiem kamforowym
zmaltretowane
bańkami plecy kochanego wnuczka.
Poiła aromatyczną
herbatką z malin lub lipy,
przykrywała nieszczęśnika
(po sam czubek nosa!)
ogromniastą pierzyną,
pocieszając go:
wypocisz się, poleżysz
i znów będą sanki.
Tylko pamiętaj … szalik i czapka,
Nazajutrz z samego rana … kubek
gorącego mleka ze śmierdzącym czosnkiem,
masłem i miodem.
Obrzydlistwo!
Pić … i nie grymasić,
bo jak nie, a to tylko zastrzyki!
Krótko i dosadnie.
Natychmiast pomagało.

Oj, bardzo bogaty był
ten wachlarz zapachów
mojego dzieciństwa!
Zgodny z natura, siermiężny i cuchnący,
pozbawiony
chemicznych pachnideł
i „wielkich słów“,
Przynosił wspaniałe
zdrowotne i wychowawcze

rezultaty !

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Zapraszam do udziału w dyskusji!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.